poniedziałek, 20 maja 2013



Czeski film...

Po przebudzeniu postanowiłem sprawdzić stan moich podeszw.  Nadeszw zresztą też... Najpierw zginanie palców... niby wszystko działało tylko skóra jakoś dziwnie ciągnęła. Potem rozcapierzanie... niby ok, tylko skóra jakoś dziwnie ciągnęła. Następnie usiadłem na krawędzi lóżka i z delikatnością godną rusałki postawiłem stopy na podłodze. Delikatnie wstałem i... skora tym razem nie ciągnęła. Czułem się za to jak niewprawny fakir stawiający pierwsze kroki na łóżku z gwoździ. Było znacznie lepiej niż wczoraj, ale chodzenie dalej sprawiało wyraźny dyskomfort, nawet boso.

Reasumując: kolejny słoneczny dzień, a ja zmuszony byłem zalegać w swoim krupińskim apartamencie. Jedyne formy aktywności to kulinarna wycieczka do knajpki przy rynku. No i oczywiście wypad do TESCO w drodze powrotnej. Tym razem zakupiłem kofolę, od której chyba trochę się uzależniłem.

A teraz zupełnie z innej beczki...I wczoraj i przedwczoraj chciałem podzielić się z Wami problemem komunikacji autobusowej na terenie Słowacji. Można powiedzieć, że w weekendy w zasadzie nie istnieje. Kiedy wczoraj poczułem wyraźny "stopo kryzys" chciałem skorzystać z dobrodziejstwa autobusu. Nic z tego! Na autobus musiałbym czekać 6 godzin! 6 godzin przy słupkowym przystanku pozbawionym nawet najprostszej ławki! Nonsens. Pomyślcie, że w niedzielę jest jeszcze gorzej.
Inna rzecz to problem rozkładu jazdy. Na rozpisce obok nazwy miejscowości mamy wypisane godziny. Niby wszystko normalnie. Jednak po chwili zauważamy, że nazwy miejscowości sie powtarzają. Okazuje się, że do tej samej mieściny możemy dojechać kilkoma rożnymi drogami. Poza nazwami miejscowości powtarzają się również godziny odjazdów, a każda z nich opatrzona jest dodatkowo przynajmniej jedną ikonką. Na przykład ikonka młota i kilofa oznacza, że autobus kursuje w dni pracujące, cyfra "6" w kółeczku symbolizuje kursowanie w soboty, "7" w kółku to kurs niedzielny, krzyżyk zaś informuje o kursowaniu w niedziele i świętą. Poza tym mamy liczby w czarnym kwadraciku. Liczba "47", dla przykładu, może informować o kursowaniu tylko 25, 26, 27,31 grudnia i 1 stycznia.
Chciałoby się powiedzieć czeski film!

Pozdrawiam z nad szklanki kofoli wpatrując się bez zrozumienia w mecz hokejowy. Czy ktoś w ogóle wie o co w tym chodzi? Czy ktoś widzi ten krążek?

niedziela, 19 maja 2013

A jednak wyprawa...


Dzisiaj obudziłem się nieco później niż zwykle. Inaczej niż zwykle, nie odsłoniłem nerwowo żaluzji, żeby sprawdzić pogodę. Nie zjadłem też standardowego śniadania. W ogóle dzisiejszy dzień i nastrój był trochę inny niż poprzednie. I nie było to sprawą luksusowego jak na moją podróż hotelu wyposażonego w Wi-Fi, telewizję kablową i żaluzje. To nie on zawrócił mi w głowie. Działo się to za sprawą dwóch czynników- mojej lewej i prawej stopy. 

Tak jak pisałem, podczas wczorajszego odcinka sprawiły mi ogromny ból. Po zdjęciu butów w hotelu okazało się, że jest znacznie gorzej niż podejrzewałem. Bąble, odciski i odparzenia... Takie jakich nigdy nie widziałem. A jako miłośnik długich marszów i baniek mydlanych widziałem już wiele bąbli.
Wiele bąbli czułem także na własnych stopach. Te jednak przyćmiły wszystkie. Powiem szczerze, że ból i utrata możliwości chodzenia sprawiły, że pierwszy raz pomyślałem o powrocie do domu.

Dziś jest trochę lepiej - jestem w stanie dojść bez skomlenia do toalety, a nawet do TESCO po drugiej stronie ulicy. A uwierzcie mi piwosze, że na Słowacji do TESCO chodzić warto. Zlaty Bazant znacznie poniżej 2 zł! Więc nawet jeśli sprawia to trochę bólu to warto wybrać się na taką wyprawę. I jak na początku zarzekałem się, że nie użyję tego słowa, tak teraz używam go w pełni świadomie. Przy tym stanie stóp każde 10 metrów staje się wyprawą...

sobota, 18 maja 2013

Pokonany przez stereotypy


Tradycyjnie, zaraz po przebudzeniu podbiegłem do okna. Niestety, nie było powodów do radości. Całe niebo pokryte było warstwą mysio szarych chmur. Mimo to nie padało, a warstwa chmur pozwoliła mi uniknąć piekącej opalenizny.
Klasyczne "słowackie" śniadanie: salami, rochliki i biała papryka. Uwielbiam jej świeży i intensywny zapach.
Tobołek na plecy i pobiegłem do recepcji. Może z tym biegnięciem trochę mnie poniosło, ale chciałem dodać opowieści nieco dynamiki. Zszedłem szybkim tempem. Umówmy sie, że w dalszych wpisach dla lepszego samopoczucia, będę nazywał to bieganiem, wbieganiem lub zbieganiem
W recepcji nikogo nie było, a drzwi wyjściowe były zamknięte. W poszukiwaniu personelu trafiłem do restauracji, a następnie do kuchni. Powitała mnie krępa Słowaczka z wyraźnie zarysowanym wąsikiem. Oddałem klucz, pilota do telewizora i wspólnie pomaszerowaliśmy do wyjścia. Po drodze dowiedziałem się, że mógłbym zostać, bo posiłkiem dnia będzie gulasz z jelenia. Nie wspomniałem wczoraj, że motel, nazywany wcześniej hotelem, należy do właściciela firmy handlującej dziczyzną, a w promocyjnym menu często występują dania, w których główne role odgrywają mieszkańcy pobliskich lasów.
Po krótkim marszu wewnętrzna droga wzdłuż autostrady dotarłem do miejscowości Budca, w której wczoraj nie udało mi się znaleźć noclegu. Obrażony, szybko ją minąłem i pomaszerowałem pod górę w stronę miejscowości Ostra Luka.
W pewnym momencie zauważyłem ruch w trawie. Przyjrzałem się dokładniej i przed moimi oczami ukazał się wielki brunatny waz! Naprawdę dawno się tak nie wystraszyłem. Uskoczyłem w bok i zacząłem nerwowo "biec". Oczywiście po swojemu! Tak jak sie umawialiśmy, wolno i bardzo niezdarnie.
Zaczęło się przecierać i na niebie coraz częściej ukazywało się palące w kark słońce. Szybko minąłem górską wioskę, naznaczoną austrowęgierską przeszłością i zacząłem długawy marsz w dół.
Po krótkim czasie przy krawędzi drogi dostrzegłem coś znajomego. Był to słusznych rozmiarów wąż. Tym razem moje zachowanie było znacznie bardziej dojrzałe i zrównoważone. Spokojnie wyjąłem aparat i zrobiłem draniowi zdjęcie. Swoją drogą, ciekawe czy byłbym równie odważny gdyby wąż ciągle żył…? Poszukując informacji na temat zwierzaka kontynuowałem marsz (dla zainteresowanych, był to wąż eskulapa).

Zgodnie z logiką wioska u stóp góry nazywa się Dolne Breziny. Bez najmniejszej trudności dostrzegłem występowanie na tym terenie dość dużej społeczności romskiej. Domy z drewnianymi szybami, pełniącymi zapewne rolę rolet, żaluzje przybite po zewnętrznej stronie okien i ogólnie dość duży nieład, a w zasadzie bałagan. Mnóstwo stalowych beczek, wypełnione czymś worki i kilka starych rowerów taplających się w błocie. Spojrzenia mieszkańców sprawiły, że niemalże zacząłem "biec". Swoją drogą, ciekawe gdzie podziali sie właściciele rowerów... mam nadzieję, że nie w workach. Wiem, że zadziałałem stereotypowo i trochę mi głupio. Może były to spojrzenia przyjazne, może zaraz miało paść pytanie czy chce się napić albo coś przekąsić? Stereotyp Roma nie pozwolił mi jednak sprawdzić.
Po chwili wkroczyłem na drogę tranzytową w stronę granicy z Węgrami. Po lewej stronie tory, a po prawej pola. I tak przez wiele kilometrów. Po drodze miejscowości Podzamczok i Dobra Niva, w której zjadłem naprawdę dobrą słowacką... pizzę.
Przystanek na pizzę był niestety wymuszonym, przez stan moich stóp, odpoczynkiem. Myślałem, że mi pomoże i po chwili będę mógł kontynuować podroż w poczuciu komfortu. Niestety, nie pomógł zbytnio. Ostatnie kilkanaście kilometrów było prawdziwą drogą przez mękę. Ostatnio cierpiałem tak oglądając "Pasję" Gibsona. Każdy krok obarczony był uporczywym i promieniującym bólem. Na szczęście jestem już w miejscowości Krupina i leżę na całkiem wygodnym łóżku. Rozpieszcza mnie dodatkowo doskonały zasięg Wi-Fi, jak w żadnym z dotychczasowych hoteli.

piątek, 17 maja 2013

„Letna dovolenka na Letnisku Silac"

Dopiero po przebudzeniu poczułem jak wyczerpujący był wczorajszy etap. Na barkach, karku, nogach i przede wszystkim stopach odbiło się piętno przebytej wędrówki. Może trudno w to uwierzyć, ale udało mi się dostrzec zalety mojego „przytulnego” pokoju. Siedząc na łóżku sięgałem niemal każdego zakamarka. Mogłem spakować plecak bez podnoszenia czterech liter z hotelowej "pryczy".
Szybkie śniadanie, prysznic, plastrowanie, smarowanie blockerami rąk i karku i w drogę! Ponieważ pensjonat, w którym spałem mieścił sie niemal przy samej wylotówce w kierunku Zvolena, przed godziną 9 błąkałem się już po obrzeżach Banskiej Bystricy.
Szare i smutne postindustrialne zabudowania sprawiły, że przyśpieszyłem kroku, by jak najszybciej opuścić przygnębiającą okolicę.
Po niespełna dwóch godzinach marszu drogą numer 69 dotarłem do lotniska Silac. Na terminalu "priletowym", wielkości kurnika wisiał billboard z hasłem: "Vasa letna dovolenka zacina na Letnisku Silac"
Są dwie możliwości. Budynek ma bardzo rozbudowane podziemia albo samolotowe wczasy nie są na Słowacji niczym popularnym.
Teren lotniska otoczony był blaszanym płotem zwieńczonym drutem kolczastym. Być może dlatego lotnisko skojarzyło mi się z innym rodzajem wakacji. Idąc wzdłuż płotu czułem się jak na najdłuższym w świecie spacerniaku.
W pewnym momencie zauważyłem po drugiej stronie ulicy tabliczki zakazu fotografowania oraz znaki "uwaga wojskowa technika”. Tak! Możliwe, że szedłem wzdłuż strategicznej bazy wojskowej Słowacji! Zily, Krazy, Uazy. Naprawiane, czyszczone, polerowane. Okazało się, że znaki, które informowały o wyjeździe Słowackiej techniki wojskowej, tak naprawdę ostrzegały o technice Czechosłowackiej. Być może Słowacy szykują się do wygrania IV wojny światowej. Jeżeli trzecia będzie wojna atomowa, a czwarta ma odbyć się na kije i kamienie Słowacki sprzęt może robić naprawdę duże wrażenie.
A może Słowacy pamiętając swoją skłonność do szybkiej kapitulacji stwierdzili, że i tak nie warto inwestować w wojskowość? Armia pełni u nich po prostu rolę dodatkowych miejsc pracy. Poza tym jak inni maja to czemu oni mieliby nie mieć?
Dostrzegłem również, że cześć wojskowego terenu została przekształcona w pole golfowe. A może broń masowego rażenia oparta na piłkach do golfa? Zapewne sprzętem golfowym można by wyrządzić więcej krzywdy niż "wojskową techniką", którą widziałem w jednostce.
Tuż przed Zwoleniem miałem okazję sprawdzić nowo nabyty płaszcz przeciwdeszczowy. Dość silne opady nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Ja na pewno zrobiłem jednak duże wrażenie na przejeżdżających kierowcach, gdy zaplątałem się w olbrzymiej wodoodpornej parce i nerwowo próbowałem się uwolnić.
Udało się, a ja cały, zdrowy i suchy leżę w łóżku przydrożnego motelu w miejscowości Budca.







czwartek, 16 maja 2013

Na skróty znaczy dłużej!




Osobom, które mnie znają pewnie trudno w to uwierzyć, ale codziennie bez problemu radzę sobie ze wstawaniem o godzinie 7! Być może jest to spowodowane tym, że usypiam o 19, a 10 eurowe kwatery pozbawione są takich udogodnień jak zasłony, ale nie warto przywiązywać wagi do szczegółów!

Również dziś wstałem zgodnie z nowymi przyzwyczajeniami. O godzinie 6:45 wkładałem juz rzeczy do plecaka. Nie wiem dlaczego, ale coraz trudniej mi sie pomieścić...

Dziś dotychczas najtrudniejszy dzień mojej wyprawy. Perspektywa 40. kilometrowego marszu 
z plecakiem może powodować brak apetytu, dlatego kanapki salamiowo-paprykowo-rochlikowe spożywałem raczej z niesmakiem.

Plecak, pożegnanie i w drogę. Staruszka, będąca mamą właścicielki obiektu obiecała, że w czasie mojej następnej wizyty nie omieszka dotrzymać mi w nocy towarzystwa, abym nie czuł się samotny. Jej wiek wskazywał jednak na to, że z co najmniej z dwóch powodów nie mam się czego obawiać.

Na niebie pojawiło się kilka chmurek, ale słońce i tak skutecznie dawało o sobie znać. W czasie marszu mijając kolejne tablice dowiedziałem się, że Liptovskie Revuce dzielą się na 3 części: niskie, średnie i wysokie i łącznie maja kilka kilometrów długości. W każdej z nich znajduje się kościół lub kapliczka. Na każdy kościół przypadają dwa piwne bary i niecały sklep spożywczy. Ilość kościołów jest z kolei równa ilości tablic z mapą topograficzną regionu.
Na jednej z nich zauważyłem, że jeśli minę Wysokie Revuce i na rozwidleniach będę trzymał się lewej strony dojdę do żółtego szlaku, zaoszczędzając w ten sposób kilka kilometrów w stosunku do zaplanowanej wcześniej trasy.
Z dumą zmodyfikowałem swój plan i ruszyłem żółtym szlakiem. Wszystko szło jak z płatka! Do pierwszego rozwidlenia, mimo kilkunastu kilogramów w plecaku, doszedłem o 15 minut wcześniej niż przewidywała tabliczka, do drugiego rozwidlenia zyskałem dodatkowe 10 min! Do trzeciego nie doszedłem jednak wcale... Zgubiłem szlak! Słowackie trasy nie są tak dobrze oznakowane jak nasze, przez co zabłądzenie jest bardzo prawdopodobne. Cofnąłem się, żeby zobaczyć gdzie popełniłem błąd! Oznaczenia szlaku nagle się urwały. Uruchomiłem nawigację w telefonie w celu obrania odpowiedniego kierunku dalszego marszu. Brak zasięgu sieci w przypadku google maps uczynił ją jednak bezużyteczną. Postanowiłem podążać najbardziej wydeptaną ze ścieżek. Po pewnym czasie zmieniła się ona w żwirową drogę, która ostatecznie dochodziła do rozwidlenia nieopodal Wysokich Revuc. Znalazłem się zatem blisko miejsca, w którym stała tablica z mapą. Zacząłem zastanawiać się czy na tyle blisko żeby ją podpalić.
Tablica stoi dalej, a ja po nadłożeniu kilku kilometrów, drogą której tak bardzo chciałem uniknąć doszedłem do znanej z wczoraj tranzytówki (Rużomberk- Banska Bystrica).
Ale była ona jeszcze brzydsza niż wczoraj! Pobocze było znacznie węższe, a droga pozawijana jak baranie rogi.
Sprawne lawirowanie pomiędzy prawym i lewym poboczem doprowadziło mnie bezpiecznie do Banskiej Bystricy.
I tu pojawił się kolejny problem. Noclegi w tym mieście były dla mnie tak samo nieosiągalne jak 
w Monte Carlo. Po długiej wędrówce od drzwi do drzwi znalazłem pensjonat Olimpia, a w nim przytulny pokoik na poddaszu. Przytulny, bo leżąc przytulałem się do wszystkich ścian i sufitu. Padłem...

środa, 15 maja 2013

Kolejna prawda o ludzkiej naturze





Po przebudzeniu od razu spojrzałem za okno. Szarość i nic więcej. Chyba słońce i wysoka temperatura nie miały ochoty wyruszyć dziś do pracy. Postanowiłem jednak  nie poddawać się. Włączyłem telewizor i zacząłem szykować się do wyjścia.
Tak moi drodzy, dysponowałem takim dobrem jak telewizor. Mało to, był podłączony do telewizji kablowej!
Zszedłem na śniadanie. Tak moi drodzy, dysponowałem również takim dobrem jak śniadanie. Jajecznica, herbata i kawa w cenie pokoju. A negocjowałem ją tak dobrze, że pokój, kablówka, wi-fi i jajecznica kosztowały mnie jedynie 12 euro. W samym centrum Rużomberku.

Po śniadaniu wyszedłem zapalić, ale przypomniałem sobie, że przecież nie palę.  Po chwili okazało się, że wyjście na zewnątrz było jak najbardziej opłacalne. Dostrzegłem bowiem, że mimo niewielkiego opóźnienia słońce będzie jednak pracować. Wysoka temperatura także pojawiła się na posterunku.

Zarzuciłem plecak i ruszyłem przed siebie. Po dość długim marszu miejskimi ulicami dotarłem do wylotówki. Sytuacja nie wyglądała różowo. Zatłoczona droga międzymiastowa nie zwiastowała miłej przechadzki. Zacisnąłem zęby i ruszyłem na drugą stronę. Bo iść pod prąd podobno bezpieczniej.

Po kilku kilometrach doszedłem do Białego Potoku.
Jako że już przyzwyczaiłem się do pędu mijających mnie ciężarówek mieszkańcy wioski postanowili sprawić mi kilka, a w zasadzie kilkadziesiąt, niespodzianek. Prawie wszyscy wystawili na podjazdy kubły na śmieci. Teraz moje zadanie polegało na ich szybkim omijaniu zsynchronizowanym z łukami pomiędzy poruszającymi się samochodami. Hops z krawężnika, łuczek, hops pod krawężnik. A krawężniki Słowacy maja wysokie pod samo niebo!

Później przyszła nagroda. Hodowla pstrągów, a w zasadzie idąca obok niej ścieżka rowerowa. Od Rużomberka do Bańskiej Bystrzycy poprowadzona jest rowerowa magistrala, a ja właśnie wkroczyłem na jej fragment.
Bezpiecznie, w otoczeniu pięknych krajobrazów doszedłem do Liptovskiej Osady.
A potem to już z górki, a w zasadzie pod! Około 4,5 kilometra marszu i znalazłem się w Liptovskich Revucach.

Położona w dolinie wieś, przecięta wartkim strumieniem odebrała mi dużo zdrowia. Miałem wielkie trudności ze znalezieniem noclegu. Chaotycznie poustawiane domy i jeszcze chaotyczniej poprowadzone ścieżki między nimi stanowiły duże utrudnienie.
Po pewnym czasie jednak się udało. I to tak jak lubię. Do 10 eurasów! Właścicielka pensjonatu po zadaniu standardowych pytań dotyczących wielkości plecaka i celu mojej podróży zaproponowała obiadokolację.
Bardzo się ucieszyłem, tym bardziej, że wyżerka była darmowa. Najpierw waza pysznej zupy z soczewicy. A później... później gospodyni przyszła z talerzem mięsa w sosie i ziemniakami. Dodam, że sos był wyjątkowo smaczny. Urocza kobieta z dumą oświadczyła, że nałożyła tyle ile zdołała zmieścić na talerz. Początkowe uczucie zadowolenia szybko odwróciło się o 180 stopni, przyjmując przeciwny biegun. Wołowina okazała się makabrycznie tłusta i przerośnięta. Mimo, że przyzwyczajony jestem do innego rodzaju mięsa, zjadłem wszystko. Każdy kęs rósł w ustach a ja popijałem wodą i zagryzałem następnym. Wniosek, że z odpowiednią ilością wody i dostępnego czasu możemy zjeść wszystko. Dobranoc!