Dźwięk
siusiania na blachę! Siusiania zwierzęcia wielkości konia. Żeby Panie nie były
zazdrosne może być klaczy. Informuję, że nie mieszkam pod stajnią. To krople
deszczu uderzają w blaszany dach domku, w którym zaległem. Podświetlam zegarek i... 4:20. Czyżby kolejny
dzień pobytu w Liptovskiej Sielnicy?
O 7:30
obudził mnie blask zaglądającego do pokoju słońca. Wyjrzałem przez okno i nie
dostrzegłem ani jednej chmurki. "Jest pięknie, jest bjuryful",
pomyślałem parafrazując internetowego klasyka. Szybkie pakowanie, kabanosy na
śniadanie i w drogę!
Wychodząc z
miasteczka zauważyłem drogowskaz kierujący rowerzystów do Rużomberku. Postanowiłem
wykorzystać oznaczoną trasę. Na początku asfalt, później asfalt i na końcu
asfalt!
Co kilka
chwil nadkładałem drogi uskakując na pobocze w obawie przed rozpędzonymi
ciężarówkami marki Tatra. Ich kierowcy pędzili niczym na rajdowych odcinkach
specjalnych. Widocznie na Słowacji inaczej niż u Barei- nie mleko, a kruszywo
ma najszybszy transport.
Około
południa doszedłem do Besenova, miasteczka słynącego z Aquaparku i gorących
źródeł. Być może również z wyluzowania i spokoju kierowców. Na pierwszym ze
skrzyżowań w wypolerowanej, zielonej Skodzie stała pani. Stała dokładnie na
środku, nie włączając nawet świateł awaryjnych. Wszystkie samochody omijały ją
ze stoickim spokojem. Po chwili okazało sie, że owa kobitka w tym nie do końca
odpowiednim miejscu czekała na swojego męża.
Korzystając
z wizyty w miasteczku postanowiłem odwiedzić potraviny w celu nabycia wody.
Podszedłem do pierwszych napotkanych, naciskam klamkę i nic! Przerwa! Podobna
historia miała miejsce trzy razy. Okazuje się, ze siesta jest popularna nie
tylko w krajach basenu Morza Śródziemnego!
Bardzo
południowe, greckie wręcz zachowanie zauważyłem także w niedzielę. Postanowiłem
jednak nie wspominać o tym wcześniej, podłamany "marszową" porażką.
Kierowca autobusu, którym podróżowałem do Liptovskiej Sielnicy zjechał w pewnym
momencie na żwirowe pobocze, wziął portfel, zamknął autobus z pasażerami w środku
i poszedł do pobliskiego domu. Zniknął na 10-15 minut. Obiad, a może jakaś inna
nagła potrzeba? Nie był uprzejmy wytłumaczyć. Co ciekawe, żaden pasażer nie
wyglądał na zaskoczonego.
Siesta, niezachwiany
spokój, dziwne zachowania kierowcy… witaj Grecjo! W filmie "Moje wielkie
wesele" jeden z bohaterów twierdził, że wszystko posiada greckie korzenie.
Nie wiedziałem jednak, że jego tezę potwierdzą zachowania Słowaków.
W
poszukiwaniu wody doszedłem aż do wioski
Liptovska Tepla. Przy głównej drodze znajduje się tam Penzion u sosna, a w nim
niewielka knajpka oblegana przez lokalersow.
Musiałem wejść do środka! Nie narzekając szczególnie na brak wody w nadzwyczaj
krótkim menu, zamówiłem bażanta. Zająłem ostatnie wolne miejsce przy jednym ze
stolików. Wszyscy zajadali się daniem dnia: cielęciną w sosie. Na plastrach
mięsiwa dumnie prężyło się sadzone jajko. Danie wyglądało bardzo apetycznie!
Nad
talerzami toczyły się burzliwe rozmowy, które wkrótce zeszły na mój temat. Skąd
idę? Dokąd? Po co? W pewnym momencie knajpka zaczęła
pustoszeć. Został jedynie starszy mężczyzna siedzący po drugiej stronie stołu.
Po chwili dosiadł się właściciel. Polsko-słowackie rozmowy poruszały coraz
prywatniejsze tematy. Okazało się, że mężczyzna często bywał w Polsce, trenował
bowiem kolarstwo. Wychodząc z knajpki zauważyłem przyozdobione kolorowymi szkiełkami
ściany. Cóż, każdy ma park guell na miarę swoich możliwości.
Dalsza
część drogi minęła bardzo szybko, choć pod sam koniec zaczął mi dokuczać bąbel,
który wyrósł na środku stopy.
Rużomberk powitał
mnie słońcem i kilkoma Cyganami, którzy odpoczywali w okolicach dworca.
Pierwsze
kroki skierowałem do sklepu Zajo w celu nabycia nowego płaszcza przeciwdeszczowego.
Udało sie!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz