poniedziałek, 13 maja 2013


Dobrze pocinać...



Po blisko 15 godzinach nieprzerwanego snu leniwie otworzyłem oczy! Uznałem, że 7:30 to jak najbardziej odpowiednia godzina, aby dźwignąć z łóżka swoje cielsko! Dodatkowo mobilizowała mnie świadomość dość długiego marszu -ponad 32 km, niemal w całości wzdłuż granic Tatrzańskiego Parku Narodowego. Chwyciłem BIAŁEGO JELENIA, ręcznik i pognałem do łazienki. Odkręciłem kran... i znowu zaskoczenie. Woda cuchnie! Cuchnie zbukiem! Wyskoczyłem spod prysznica zniesmaczony! Przypomniałem sobie jednak, że wczoraj było to samo. Co prawda zapach wydawał sie mniej intensywny, ale prawdopodobnie spowodowane było to zmęczeniem lub mniejszą zawartością ciepłej wody. To właśnie ona posiada ten charakterystyczny jajeczny "aromat identyczny z naturalnym", charakterystyczny dla wód termalnych z dużą ilością siarki.

Po zakończeniu kąpieli wyszedłem na dwór po wkładki do butów. Okazało się, że w nocy Oravice nawiedziły intensywne opady deszczu! Wkładki wymagały więc szybkiego osuszania... Odpaliłem stojącą w rogu pokoju farelkę! I myk wkładeczkę na eleganckości na piecyk... Po minucie przekładka na drugą stronę i tak aż do wyschnięcia. Po ułożeniu drugiej wkładki zabrałem się za pakowanie plecaka kompletnie zapominając o ogromnej sile fareli! Gdy po kilku minutach podszedłem do piecyka piankowa wkładka była niemal rzadka i o 2 centymetry krótsza niż oryginał...
Szukając pozytywnych stron zauważyłem, że odtąd bez problemu będę mógł odróżniać wkładkę lewą od prawej i zawsze będę mógł mniejszą pożyczyć mojej lubej.

Ruszyłem na śniadanie. Palaczinki z owocami i kawa cappuccino dodały mi energii. Założyłem plecak i ruszyłem w dalszą drogę. Po kilometrze marszu zatrzymał mnie słowacki TOPR (HZS). Po krótkiej rozmowie panowie powiedzieli, że jak będę "dobrze pocinać” to za 3 godziny powinienem znaleźć się w Zubercu, a za kolejne 5 w Liptovskiej Sielnicy.
Skutecznie popędzany przez deszcz musiałem „pocinać” naprawdę nieźle, bo po dwóch godzinach i 25 minutach byłem w Zubercu. Wszedłem na zielony szlak, prowadzący wzdłuż drogi i udałem sie w kierunku Liptovskiej Sielnicy. Po dość długim podejściu dopadł mnie okropny deszcz! Ulewa nie ustawała. Mimo peleryny i pokrowca na plecak nie czułem sie komfortowo. Nagle obok zatrzymał się samochód. Właściciel Opla spytał czy nie potrzebuję pomocy. Zapytał także o cel mojej wędrówki. Okazało się, że starsi państwo nie jadą co prawda w moim kierunku, ale jeśli chcę, mogą podrzucić mnie do Zuberca. Uznałem, że to dobry pomysł na przeczekanie ulewy. Zasiadłem w Zubereckiej kolibie, gdzie jedząc halusky i sącząc Zlatego Bazanta czekałem na ustąpienie deszczu. Po około godzinie niebo zaczęło sie wypogadzać. Założyłem plecak i wróciłem na szlak.

Wszystko szło super! Skręciłem w stronę miejscowości Huty. Piękne widoki słowackiej wsi dodawały energii. Po przejściu około 16 kilometrów usłyszałem grzmoty, po chwili pojawiła sie także ulewa. Krople były tak wielkie i ciężkie, że niemal tworzyły na moim ciele siniaki. Wyjąłem pelerynkę i... porwała się podczas zakładania. Miała juz swoje lata, a waga plecaka mocno ja nadwyrężyła.
Dobiegłem do pobliskiego przystanku autobusowego. Schowałem się pod wiatą, której dach przypominał strukturą durszlak. Na szczęście udało się znaleźć miejsce wolne od przeciekania. Przemoczony czekałem na ustąpienie opadów. Ciągle lalo. Po dwóch godzinach podjechał autobus jadący do Sielnicy. Zdecydowałem się wsiąść... Zabrakło mi niespełna 8km...










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz