Po blisko
15 godzinach nieprzerwanego snu leniwie otworzyłem oczy! Uznałem, że 7:30 to
jak najbardziej odpowiednia godzina, aby dźwignąć z łóżka swoje cielsko!
Dodatkowo mobilizowała mnie świadomość dość długiego marszu -ponad 32 km, niemal
w całości wzdłuż granic Tatrzańskiego Parku Narodowego. Chwyciłem BIAŁEGO
JELENIA, ręcznik i pognałem do łazienki. Odkręciłem kran... i znowu
zaskoczenie. Woda cuchnie! Cuchnie zbukiem! Wyskoczyłem spod prysznica
zniesmaczony! Przypomniałem sobie jednak, że wczoraj było to samo. Co prawda
zapach wydawał sie mniej intensywny, ale prawdopodobnie spowodowane było to zmęczeniem
lub mniejszą zawartością ciepłej wody. To właśnie ona posiada ten
charakterystyczny jajeczny "aromat identyczny z naturalnym", charakterystyczny
dla wód termalnych z dużą ilością siarki.
Po zakończeniu
kąpieli wyszedłem na dwór po wkładki do butów. Okazało się, że w nocy Oravice
nawiedziły intensywne opady deszczu! Wkładki wymagały więc szybkiego
osuszania... Odpaliłem stojącą w rogu pokoju farelkę! I myk wkładeczkę na eleganckości
na piecyk... Po minucie przekładka na drugą stronę i tak aż do wyschnięcia. Po ułożeniu
drugiej wkładki zabrałem się za pakowanie plecaka kompletnie zapominając o
ogromnej sile fareli! Gdy po kilku minutach podszedłem do piecyka piankowa
wkładka była niemal rzadka i o 2 centymetry krótsza niż oryginał...
Szukając
pozytywnych stron zauważyłem, że odtąd bez problemu będę mógł odróżniać wkładkę
lewą od prawej i zawsze będę mógł mniejszą pożyczyć mojej lubej.
Ruszyłem na
śniadanie. Palaczinki z owocami i kawa cappuccino dodały mi energii. Założyłem
plecak i ruszyłem w dalszą drogę. Po kilometrze marszu zatrzymał mnie słowacki
TOPR (HZS). Po krótkiej rozmowie panowie powiedzieli, że jak będę "dobrze
pocinać” to za 3 godziny powinienem znaleźć się w Zubercu, a za kolejne 5 w
Liptovskiej Sielnicy.
Skutecznie popędzany
przez deszcz musiałem „pocinać” naprawdę nieźle, bo po dwóch godzinach i 25
minutach byłem w Zubercu. Wszedłem na zielony szlak, prowadzący wzdłuż drogi i udałem
sie w kierunku Liptovskiej Sielnicy. Po dość długim podejściu dopadł mnie
okropny deszcz! Ulewa nie ustawała. Mimo peleryny i pokrowca na plecak nie czułem
sie komfortowo. Nagle obok zatrzymał się samochód. Właściciel Opla spytał czy
nie potrzebuję pomocy. Zapytał także o cel mojej wędrówki. Okazało się, że
starsi państwo nie jadą co prawda w moim kierunku, ale jeśli chcę, mogą
podrzucić mnie do Zuberca. Uznałem, że to dobry pomysł na przeczekanie ulewy. Zasiadłem
w Zubereckiej kolibie, gdzie jedząc halusky i sącząc Zlatego Bazanta czekałem
na ustąpienie deszczu. Po około godzinie niebo zaczęło sie wypogadzać.
Założyłem plecak i wróciłem na szlak.
Wszystko
szło super! Skręciłem w stronę miejscowości Huty. Piękne widoki słowackiej wsi dodawały
energii. Po przejściu około 16 kilometrów usłyszałem grzmoty, po chwili pojawiła
sie także ulewa. Krople były tak wielkie i ciężkie, że niemal tworzyły na moim
ciele siniaki. Wyjąłem pelerynkę i... porwała się podczas zakładania. Miała juz
swoje lata, a waga plecaka mocno ja nadwyrężyła.
Dobiegłem
do pobliskiego przystanku autobusowego. Schowałem się pod wiatą, której dach przypominał
strukturą durszlak. Na szczęście udało się znaleźć miejsce wolne od przeciekania.
Przemoczony czekałem na ustąpienie opadów. Ciągle lalo. Po dwóch godzinach podjechał
autobus jadący do Sielnicy. Zdecydowałem się wsiąść... Zabrakło mi niespełna
8km...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz