sobota, 11 maja 2013

A mialo byc tak pieknie...

Natura niepoprawnego optymisty sprawia, że wszelkie snute przeze mnie plany przywołują na myśl różowość pośladków świnki Pepy. Podobnie miało być z podróżą do Zakopanego, miasta rozpoczynającego mój wymarzony spacer. Dodam, że słowa „spacer” używam jak najbardziej świadomie. „Wyprawa” to duże słowo, które w moim słowniku zarezerwowane jest dla naprawdę poważnych przedsięwzięć. Kiedy w przyszłości będę opisywał zdobycie ośmiotysięcznika wszystko sobie zrekompensuję, zaś słowo „wyprawa” zdominuje każde zdanie moich wypocin;)

Najwyższy czas wrócić jednak do wspomnianej podróży. Z jednodniowym wyprzedzeniem kupiłem bilet na nocny autobus do Zakopanego. W moich różowych planach pojazd był zupełnie pusty, a ja spałem rozwalony na dwóch siedzeniach, abym rano, wypoczęty po podróży, mógł wyruszyć w stronę Witowa, a następnie Oravic.

Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna! Szara… a może wręcz czarna, niczym nowojorski Harlem. Zamiast gwiaździstego nieba, na dworcu towarzyszył mi rzęsisty deszcz. Podejście do czerwonego autobusu także nie pozostawiło mi złudzeń - okazało się, że luki bagażowe wypełnione są po brzegi torbami i rowerami, a znalezienie miejsca dla mojego plecaka to spore wyzwanie. Jednak nie tak duże jak znalezienie wygodnego miejsca dla mnie. Po dokładnym przeglądzie okazało się, że do wyboru pozostały dwa, jakże różne… Miejsce obok kobiety z nogą w gipsie wyeliminowałem z obawy przed zbytnią ekspansją terytorialną chorej kończyny. Pozostało zatem zajęcie miejsca obok przypominającego posąg Buddy pięćdziesięciolatka. Problem w tym, że przypominał go nie tylko fryzurą, ale także tuszą. Swoją drogą, ciekawe czy Budda równie chętnie podjadałby kabanosy, popijał je wódką z colą i szlachetnym napitkiem ŻUBR, a później w swym pijackim śnie rozwalał się na pasażera sąsiedniego fotela, drapiąc się nerwowo i mamrocząc!

Nareszcie Zakopane…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz