Natura
niepoprawnego optymisty sprawia, że wszelkie snute przeze mnie plany przywołują
na myśl różowość pośladków świnki Pepy. Podobnie miało być z podróżą do
Zakopanego, miasta rozpoczynającego mój wymarzony spacer. Dodam, że słowa
„spacer” używam jak najbardziej świadomie. „Wyprawa” to duże słowo, które w
moim słowniku zarezerwowane jest dla naprawdę poważnych przedsięwzięć. Kiedy w
przyszłości będę opisywał zdobycie ośmiotysięcznika wszystko sobie
zrekompensuję, zaś słowo „wyprawa” zdominuje każde zdanie moich wypocin;)
Najwyższy
czas wrócić jednak do wspomnianej podróży. Z jednodniowym wyprzedzeniem kupiłem
bilet na nocny autobus do Zakopanego. W moich różowych planach pojazd był
zupełnie pusty, a ja spałem rozwalony na dwóch siedzeniach, abym rano,
wypoczęty po podróży, mógł wyruszyć w stronę Witowa, a następnie Oravic.
Tymczasem
rzeczywistość okazała się zupełnie inna! Szara… a może wręcz czarna, niczym
nowojorski Harlem. Zamiast gwiaździstego nieba, na dworcu towarzyszył mi
rzęsisty deszcz. Podejście do czerwonego autobusu także nie pozostawiło mi
złudzeń - okazało się, że luki bagażowe wypełnione są po brzegi torbami i
rowerami, a znalezienie miejsca dla mojego plecaka to spore wyzwanie. Jednak
nie tak duże jak znalezienie wygodnego miejsca dla mnie. Po dokładnym
przeglądzie okazało się, że do wyboru pozostały dwa, jakże różne… Miejsce obok
kobiety z nogą w gipsie wyeliminowałem z obawy przed zbytnią ekspansją
terytorialną chorej kończyny. Pozostało zatem zajęcie miejsca obok
przypominającego posąg Buddy pięćdziesięciolatka. Problem w tym, że przypominał
go nie tylko fryzurą, ale także tuszą. Swoją drogą, ciekawe czy Budda równie
chętnie podjadałby kabanosy, popijał je wódką z colą i szlachetnym napitkiem
ŻUBR, a później w swym pijackim śnie rozwalał się na pasażera sąsiedniego
fotela, drapiąc się nerwowo i mamrocząc!
Nareszcie
Zakopane…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz