Dzisiaj
obudziłem się nieco później niż zwykle. Inaczej niż zwykle, nie odsłoniłem
nerwowo żaluzji, żeby sprawdzić pogodę. Nie zjadłem też standardowego śniadania.
W ogóle dzisiejszy dzień i nastrój był trochę inny niż poprzednie. I nie było
to sprawą luksusowego jak na moją podróż hotelu wyposażonego w Wi-Fi, telewizję
kablową i żaluzje. To nie on zawrócił mi w głowie. Działo się to za sprawą
dwóch czynników- mojej lewej i prawej stopy.
Tak jak pisałem, podczas
wczorajszego odcinka sprawiły mi ogromny ból. Po zdjęciu butów w hotelu okazało
się, że jest znacznie gorzej niż podejrzewałem. Bąble, odciski i odparzenia...
Takie jakich nigdy nie widziałem. A jako miłośnik długich marszów i baniek
mydlanych widziałem już wiele bąbli.
Wiele bąbli
czułem także na własnych stopach. Te jednak przyćmiły wszystkie. Powiem
szczerze, że ból i utrata możliwości chodzenia sprawiły, że pierwszy raz pomyślałem
o powrocie do domu.
Dziś jest trochę
lepiej - jestem w stanie dojść bez skomlenia do toalety, a nawet do TESCO po
drugiej stronie ulicy. A uwierzcie mi piwosze, że na Słowacji do TESCO chodzić
warto. Zlaty Bazant znacznie poniżej 2 zł! Więc nawet jeśli sprawia to trochę bólu
to warto wybrać się na taką wyprawę. I jak na początku zarzekałem się, że nie użyję
tego słowa, tak teraz używam go w pełni świadomie. Przy tym stanie stóp każde
10 metrów staje się wyprawą...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz