niedziela, 19 maja 2013

A jednak wyprawa...


Dzisiaj obudziłem się nieco później niż zwykle. Inaczej niż zwykle, nie odsłoniłem nerwowo żaluzji, żeby sprawdzić pogodę. Nie zjadłem też standardowego śniadania. W ogóle dzisiejszy dzień i nastrój był trochę inny niż poprzednie. I nie było to sprawą luksusowego jak na moją podróż hotelu wyposażonego w Wi-Fi, telewizję kablową i żaluzje. To nie on zawrócił mi w głowie. Działo się to za sprawą dwóch czynników- mojej lewej i prawej stopy. 

Tak jak pisałem, podczas wczorajszego odcinka sprawiły mi ogromny ból. Po zdjęciu butów w hotelu okazało się, że jest znacznie gorzej niż podejrzewałem. Bąble, odciski i odparzenia... Takie jakich nigdy nie widziałem. A jako miłośnik długich marszów i baniek mydlanych widziałem już wiele bąbli.
Wiele bąbli czułem także na własnych stopach. Te jednak przyćmiły wszystkie. Powiem szczerze, że ból i utrata możliwości chodzenia sprawiły, że pierwszy raz pomyślałem o powrocie do domu.

Dziś jest trochę lepiej - jestem w stanie dojść bez skomlenia do toalety, a nawet do TESCO po drugiej stronie ulicy. A uwierzcie mi piwosze, że na Słowacji do TESCO chodzić warto. Zlaty Bazant znacznie poniżej 2 zł! Więc nawet jeśli sprawia to trochę bólu to warto wybrać się na taką wyprawę. I jak na początku zarzekałem się, że nie użyję tego słowa, tak teraz używam go w pełni świadomie. Przy tym stanie stóp każde 10 metrów staje się wyprawą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz