niedziela, 12 maja 2013

"LEGENDA O SÍLE A CHUTI"




Godzina 6:30. Po nieprzespanej nocy z wielka radością opuściłem autobus. Podtrzymywanie na swoim ramieniu przelewającego się "cielska" sąsiada sprawiło, że czułem sie jak po wyczerpującym treningu na siłowni.

Poranne słońce na niemal bezchmurnym niebie zwiastowało ładny, pogodny dzień. Mimo „przetrenowanej” nocy szybko zdecydowałem się na rozpoczęcie zaplanowanej wędrówki. 
Swoje pierwsze kroki skierowałem do hotelu Litwor, aby, wspólnie ze znajomymi (w tym miejscu pozdrowienia dla Diany, Natalii, Staszka i Grześka), zjeść śniadanie.
Bułka, kawa i… kabanosy, które natychmiast przywołały wspomnienie nocnej podróży spędzonej u boku wielkiego, dosłownie wielkiego, fana podsuszanych kiełbasek!

Po śniadaniu założyłem plecak i udałem się na przystanek autobusowy. Z powodu zmęczenia postanowiłem podjechać do Witowa busikiem. Kiedy dotarłem na przystanek okazało się, że najbliższy autobus przyjedzie za blisko półtorej godziny. W zaistniałych okolicznościach, rozsiadłem się wygodnie, na tyle na ile to możliwe na drewnianej ławce, i rozkoszowałem się utęsknionym widokiem Giewontu.

Po długim czekaniu i nieproporcjonalnie krótkiej podróży znalazłem się w Witowie, skąd ochoczo ruszyłem w dalszą drogę, wiodącą wzdłuż wyciągu narciarskiego. Niedługo potem wkroczyłem na żółty szlak. Analiza wszystkich map jakie posiadałem, a posiadałem jedną, utwierdziła mnie w przekonaniu, że doprowadzi mnie on do celu – Słowackich Oravic.

Szlak wiódł przez las i kilkakrotnie zostałem wystraszony odgłosem pękających gałęzi, łamanych przez uciekającą zwierzynę. Aby uniknąć zawału wyjąłem iPoda, niezawodny wynalazek XXI wieku, i wetknąłem w uszy słuchawki. Kolejny z moich doskonałych pomysłów sprawdził się świetnie ;)

Droga prowadząca przez las była mocno nasiąknięta i grząska. Mój ciężki tyłek obarczony ważącym kilkanaście kilogramów plecakiem nie ułatwiał marszu. Jednak przepiękne widoki w pełni rekompensowały trud i zachęcały do dalszej podróży. 

Po kilku godzinach intensywnego przebierania mokrymi nogami, kilku stromych podejściach i zejściach, a także dwukrotnym zboczeniu ze szlaku doszedłem do Oravic.
Malutka wioska o gorącym sercu (kompleks basenów termalnych), przywitała mnie budką z jedzeniem. Wygłodniały pochłonąłem doskonałego langosza z czosnkiem i serem, popijając go jeszcze doskonalszym piwem Zubr – czeskim, bo słowackich, niestety, nie mieli. 
"Legenda o síle a chuti" głosił napis na szklance. Spragniony zimnego napoju uznałem go za niezwykle atrakcyjny! Może nie na tatuaż, ale na tytuł rozdziału w sam raz!
Szybko znalazłem nocleg na campingu. Po przepierce i szybkiej kąpieli wylądowałem w łóżku. Zarwana noc i dość wyczerpujący spacer bardzo mnie zmęczyły. O godzinie 16.30 usnąłem na wygodnym dwuosobowym łóżku. Niestety, nie potrafiłem w pełni wykorzystać jego powierzchni... Może dlatego, że było piętrowe?!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz