Godzina
6:30. Po nieprzespanej nocy z wielka radością opuściłem autobus. Podtrzymywanie
na swoim ramieniu przelewającego się "cielska" sąsiada sprawiło, że
czułem sie jak po wyczerpującym treningu na siłowni.
Poranne
słońce na niemal bezchmurnym niebie zwiastowało ładny, pogodny dzień. Mimo
„przetrenowanej” nocy szybko zdecydowałem się na rozpoczęcie zaplanowanej
wędrówki.
Swoje
pierwsze kroki skierowałem do hotelu Litwor, aby, wspólnie ze znajomymi (w tym
miejscu pozdrowienia dla Diany, Natalii, Staszka i Grześka), zjeść śniadanie.
Bułka, kawa
i… kabanosy, które natychmiast przywołały wspomnienie nocnej podróży spędzonej
u boku wielkiego, dosłownie wielkiego, fana podsuszanych kiełbasek!
Po
śniadaniu założyłem plecak i udałem się na przystanek autobusowy. Z powodu
zmęczenia postanowiłem podjechać do Witowa busikiem. Kiedy dotarłem na
przystanek okazało się, że najbliższy autobus przyjedzie za blisko półtorej
godziny. W zaistniałych okolicznościach, rozsiadłem się wygodnie, na tyle na
ile to możliwe na drewnianej ławce, i rozkoszowałem się utęsknionym widokiem
Giewontu.
Po długim
czekaniu i nieproporcjonalnie krótkiej podróży znalazłem się w Witowie, skąd
ochoczo ruszyłem w dalszą drogę, wiodącą wzdłuż wyciągu narciarskiego. Niedługo
potem wkroczyłem na żółty szlak. Analiza wszystkich map jakie posiadałem, a
posiadałem jedną, utwierdziła mnie w przekonaniu, że doprowadzi mnie on do celu
– Słowackich Oravic.
Szlak wiódł
przez las i kilkakrotnie zostałem wystraszony odgłosem pękających gałęzi,
łamanych przez uciekającą zwierzynę. Aby uniknąć zawału wyjąłem iPoda, niezawodny
wynalazek XXI wieku, i wetknąłem w uszy słuchawki. Kolejny z moich doskonałych
pomysłów sprawdził się świetnie ;)
Droga
prowadząca przez las była mocno nasiąknięta i grząska. Mój ciężki tyłek
obarczony ważącym kilkanaście kilogramów plecakiem nie ułatwiał marszu. Jednak
przepiękne widoki w pełni rekompensowały trud i zachęcały do dalszej
podróży.
Po kilku
godzinach intensywnego przebierania mokrymi nogami, kilku stromych podejściach
i zejściach, a także dwukrotnym zboczeniu ze szlaku doszedłem do Oravic.
Malutka
wioska o gorącym sercu (kompleks basenów termalnych), przywitała mnie budką z
jedzeniem. Wygłodniały pochłonąłem doskonałego langosza z czosnkiem i serem,
popijając go jeszcze doskonalszym piwem Zubr – czeskim, bo słowackich,
niestety, nie mieli.
"Legenda
o síle a chuti" głosił napis na szklance. Spragniony zimnego napoju uznałem
go za niezwykle atrakcyjny! Może nie na tatuaż, ale na tytuł rozdziału w sam
raz!
Szybko
znalazłem nocleg na campingu. Po przepierce i szybkiej kąpieli wylądowałem w
łóżku. Zarwana noc i dość wyczerpujący spacer bardzo mnie zmęczyły. O godzinie
16.30 usnąłem na wygodnym dwuosobowym łóżku. Niestety, nie potrafiłem w pełni
wykorzystać jego powierzchni... Może dlatego, że było piętrowe?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz