Tradycyjnie,
zaraz po przebudzeniu podbiegłem do okna. Niestety, nie było powodów do radości.
Całe niebo pokryte było warstwą mysio szarych chmur. Mimo to nie padało, a
warstwa chmur pozwoliła mi uniknąć piekącej opalenizny.
Klasyczne
"słowackie" śniadanie: salami, rochliki i biała papryka. Uwielbiam
jej świeży i intensywny zapach.
Tobołek na
plecy i pobiegłem do recepcji. Może z tym biegnięciem trochę mnie poniosło, ale
chciałem dodać opowieści nieco dynamiki. Zszedłem szybkim tempem. Umówmy sie, że
w dalszych wpisach dla lepszego samopoczucia, będę nazywał to bieganiem,
wbieganiem lub zbieganiem
W recepcji
nikogo nie było, a drzwi wyjściowe były zamknięte. W poszukiwaniu personelu trafiłem
do restauracji, a następnie do kuchni. Powitała mnie krępa Słowaczka z wyraźnie
zarysowanym wąsikiem. Oddałem klucz, pilota do telewizora i wspólnie
pomaszerowaliśmy do wyjścia. Po drodze dowiedziałem się, że mógłbym zostać, bo posiłkiem
dnia będzie gulasz z jelenia. Nie wspomniałem wczoraj, że motel, nazywany wcześniej
hotelem, należy do właściciela firmy handlującej dziczyzną, a w promocyjnym
menu często występują dania, w których główne role odgrywają mieszkańcy
pobliskich lasów.
Po krótkim
marszu wewnętrzna droga wzdłuż autostrady dotarłem do miejscowości Budca, w której
wczoraj nie udało mi się znaleźć noclegu. Obrażony, szybko ją minąłem i pomaszerowałem
pod górę w stronę miejscowości Ostra Luka.
W pewnym
momencie zauważyłem ruch w trawie. Przyjrzałem się dokładniej i przed moimi
oczami ukazał się wielki brunatny waz! Naprawdę dawno się tak nie wystraszyłem.
Uskoczyłem w bok i zacząłem nerwowo "biec". Oczywiście po swojemu!
Tak jak sie umawialiśmy, wolno i bardzo niezdarnie.
Zaczęło się
przecierać i na niebie coraz częściej ukazywało się palące w kark słońce.
Szybko minąłem górską wioskę, naznaczoną austrowęgierską przeszłością i zacząłem
długawy marsz w dół.
Po krótkim
czasie przy krawędzi drogi dostrzegłem coś znajomego. Był to słusznych
rozmiarów wąż. Tym razem moje zachowanie było znacznie bardziej dojrzałe i
zrównoważone. Spokojnie wyjąłem aparat i zrobiłem draniowi zdjęcie. Swoją
drogą, ciekawe czy byłbym równie odważny gdyby wąż ciągle żył…? Poszukując
informacji na temat zwierzaka kontynuowałem marsz (dla zainteresowanych, był to
wąż eskulapa).
Zgodnie z
logiką wioska u stóp góry nazywa się Dolne Breziny. Bez najmniejszej trudności
dostrzegłem występowanie na tym terenie dość dużej społeczności romskiej. Domy
z drewnianymi szybami, pełniącymi zapewne rolę rolet, żaluzje przybite po zewnętrznej
stronie okien i ogólnie dość duży nieład, a w zasadzie bałagan. Mnóstwo
stalowych beczek, wypełnione czymś worki i kilka starych rowerów taplających
się w błocie. Spojrzenia mieszkańców sprawiły, że niemalże zacząłem
"biec". Swoją drogą, ciekawe gdzie podziali sie właściciele rowerów...
mam nadzieję, że nie w workach. Wiem, że zadziałałem stereotypowo i trochę mi głupio.
Może były to spojrzenia przyjazne, może zaraz miało paść pytanie czy chce się
napić albo coś przekąsić? Stereotyp Roma nie pozwolił mi jednak sprawdzić.
Po chwili wkroczyłem
na drogę tranzytową w stronę granicy z Węgrami. Po lewej stronie tory, a po
prawej pola. I tak przez wiele kilometrów. Po drodze miejscowości Podzamczok i
Dobra Niva, w której zjadłem naprawdę dobrą słowacką... pizzę.
Przystanek
na pizzę był niestety wymuszonym, przez stan moich stóp, odpoczynkiem. Myślałem,
że mi pomoże i po chwili będę mógł kontynuować podroż w poczuciu komfortu.
Niestety, nie pomógł zbytnio. Ostatnie kilkanaście kilometrów było prawdziwą
drogą przez mękę. Ostatnio cierpiałem tak oglądając "Pasję" Gibsona. Każdy
krok obarczony był uporczywym i promieniującym bólem. Na szczęście jestem już w
miejscowości Krupina i leżę na całkiem wygodnym łóżku. Rozpieszcza mnie
dodatkowo doskonały zasięg Wi-Fi, jak w żadnym z dotychczasowych hoteli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz