sobota, 18 maja 2013

Pokonany przez stereotypy


Tradycyjnie, zaraz po przebudzeniu podbiegłem do okna. Niestety, nie było powodów do radości. Całe niebo pokryte było warstwą mysio szarych chmur. Mimo to nie padało, a warstwa chmur pozwoliła mi uniknąć piekącej opalenizny.
Klasyczne "słowackie" śniadanie: salami, rochliki i biała papryka. Uwielbiam jej świeży i intensywny zapach.
Tobołek na plecy i pobiegłem do recepcji. Może z tym biegnięciem trochę mnie poniosło, ale chciałem dodać opowieści nieco dynamiki. Zszedłem szybkim tempem. Umówmy sie, że w dalszych wpisach dla lepszego samopoczucia, będę nazywał to bieganiem, wbieganiem lub zbieganiem
W recepcji nikogo nie było, a drzwi wyjściowe były zamknięte. W poszukiwaniu personelu trafiłem do restauracji, a następnie do kuchni. Powitała mnie krępa Słowaczka z wyraźnie zarysowanym wąsikiem. Oddałem klucz, pilota do telewizora i wspólnie pomaszerowaliśmy do wyjścia. Po drodze dowiedziałem się, że mógłbym zostać, bo posiłkiem dnia będzie gulasz z jelenia. Nie wspomniałem wczoraj, że motel, nazywany wcześniej hotelem, należy do właściciela firmy handlującej dziczyzną, a w promocyjnym menu często występują dania, w których główne role odgrywają mieszkańcy pobliskich lasów.
Po krótkim marszu wewnętrzna droga wzdłuż autostrady dotarłem do miejscowości Budca, w której wczoraj nie udało mi się znaleźć noclegu. Obrażony, szybko ją minąłem i pomaszerowałem pod górę w stronę miejscowości Ostra Luka.
W pewnym momencie zauważyłem ruch w trawie. Przyjrzałem się dokładniej i przed moimi oczami ukazał się wielki brunatny waz! Naprawdę dawno się tak nie wystraszyłem. Uskoczyłem w bok i zacząłem nerwowo "biec". Oczywiście po swojemu! Tak jak sie umawialiśmy, wolno i bardzo niezdarnie.
Zaczęło się przecierać i na niebie coraz częściej ukazywało się palące w kark słońce. Szybko minąłem górską wioskę, naznaczoną austrowęgierską przeszłością i zacząłem długawy marsz w dół.
Po krótkim czasie przy krawędzi drogi dostrzegłem coś znajomego. Był to słusznych rozmiarów wąż. Tym razem moje zachowanie było znacznie bardziej dojrzałe i zrównoważone. Spokojnie wyjąłem aparat i zrobiłem draniowi zdjęcie. Swoją drogą, ciekawe czy byłbym równie odważny gdyby wąż ciągle żył…? Poszukując informacji na temat zwierzaka kontynuowałem marsz (dla zainteresowanych, był to wąż eskulapa).

Zgodnie z logiką wioska u stóp góry nazywa się Dolne Breziny. Bez najmniejszej trudności dostrzegłem występowanie na tym terenie dość dużej społeczności romskiej. Domy z drewnianymi szybami, pełniącymi zapewne rolę rolet, żaluzje przybite po zewnętrznej stronie okien i ogólnie dość duży nieład, a w zasadzie bałagan. Mnóstwo stalowych beczek, wypełnione czymś worki i kilka starych rowerów taplających się w błocie. Spojrzenia mieszkańców sprawiły, że niemalże zacząłem "biec". Swoją drogą, ciekawe gdzie podziali sie właściciele rowerów... mam nadzieję, że nie w workach. Wiem, że zadziałałem stereotypowo i trochę mi głupio. Może były to spojrzenia przyjazne, może zaraz miało paść pytanie czy chce się napić albo coś przekąsić? Stereotyp Roma nie pozwolił mi jednak sprawdzić.
Po chwili wkroczyłem na drogę tranzytową w stronę granicy z Węgrami. Po lewej stronie tory, a po prawej pola. I tak przez wiele kilometrów. Po drodze miejscowości Podzamczok i Dobra Niva, w której zjadłem naprawdę dobrą słowacką... pizzę.
Przystanek na pizzę był niestety wymuszonym, przez stan moich stóp, odpoczynkiem. Myślałem, że mi pomoże i po chwili będę mógł kontynuować podroż w poczuciu komfortu. Niestety, nie pomógł zbytnio. Ostatnie kilkanaście kilometrów było prawdziwą drogą przez mękę. Ostatnio cierpiałem tak oglądając "Pasję" Gibsona. Każdy krok obarczony był uporczywym i promieniującym bólem. Na szczęście jestem już w miejscowości Krupina i leżę na całkiem wygodnym łóżku. Rozpieszcza mnie dodatkowo doskonały zasięg Wi-Fi, jak w żadnym z dotychczasowych hoteli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz