środa, 15 maja 2013

Kolejna prawda o ludzkiej naturze





Po przebudzeniu od razu spojrzałem za okno. Szarość i nic więcej. Chyba słońce i wysoka temperatura nie miały ochoty wyruszyć dziś do pracy. Postanowiłem jednak  nie poddawać się. Włączyłem telewizor i zacząłem szykować się do wyjścia.
Tak moi drodzy, dysponowałem takim dobrem jak telewizor. Mało to, był podłączony do telewizji kablowej!
Zszedłem na śniadanie. Tak moi drodzy, dysponowałem również takim dobrem jak śniadanie. Jajecznica, herbata i kawa w cenie pokoju. A negocjowałem ją tak dobrze, że pokój, kablówka, wi-fi i jajecznica kosztowały mnie jedynie 12 euro. W samym centrum Rużomberku.

Po śniadaniu wyszedłem zapalić, ale przypomniałem sobie, że przecież nie palę.  Po chwili okazało się, że wyjście na zewnątrz było jak najbardziej opłacalne. Dostrzegłem bowiem, że mimo niewielkiego opóźnienia słońce będzie jednak pracować. Wysoka temperatura także pojawiła się na posterunku.

Zarzuciłem plecak i ruszyłem przed siebie. Po dość długim marszu miejskimi ulicami dotarłem do wylotówki. Sytuacja nie wyglądała różowo. Zatłoczona droga międzymiastowa nie zwiastowała miłej przechadzki. Zacisnąłem zęby i ruszyłem na drugą stronę. Bo iść pod prąd podobno bezpieczniej.

Po kilku kilometrach doszedłem do Białego Potoku.
Jako że już przyzwyczaiłem się do pędu mijających mnie ciężarówek mieszkańcy wioski postanowili sprawić mi kilka, a w zasadzie kilkadziesiąt, niespodzianek. Prawie wszyscy wystawili na podjazdy kubły na śmieci. Teraz moje zadanie polegało na ich szybkim omijaniu zsynchronizowanym z łukami pomiędzy poruszającymi się samochodami. Hops z krawężnika, łuczek, hops pod krawężnik. A krawężniki Słowacy maja wysokie pod samo niebo!

Później przyszła nagroda. Hodowla pstrągów, a w zasadzie idąca obok niej ścieżka rowerowa. Od Rużomberka do Bańskiej Bystrzycy poprowadzona jest rowerowa magistrala, a ja właśnie wkroczyłem na jej fragment.
Bezpiecznie, w otoczeniu pięknych krajobrazów doszedłem do Liptovskiej Osady.
A potem to już z górki, a w zasadzie pod! Około 4,5 kilometra marszu i znalazłem się w Liptovskich Revucach.

Położona w dolinie wieś, przecięta wartkim strumieniem odebrała mi dużo zdrowia. Miałem wielkie trudności ze znalezieniem noclegu. Chaotycznie poustawiane domy i jeszcze chaotyczniej poprowadzone ścieżki między nimi stanowiły duże utrudnienie.
Po pewnym czasie jednak się udało. I to tak jak lubię. Do 10 eurasów! Właścicielka pensjonatu po zadaniu standardowych pytań dotyczących wielkości plecaka i celu mojej podróży zaproponowała obiadokolację.
Bardzo się ucieszyłem, tym bardziej, że wyżerka była darmowa. Najpierw waza pysznej zupy z soczewicy. A później... później gospodyni przyszła z talerzem mięsa w sosie i ziemniakami. Dodam, że sos był wyjątkowo smaczny. Urocza kobieta z dumą oświadczyła, że nałożyła tyle ile zdołała zmieścić na talerz. Początkowe uczucie zadowolenia szybko odwróciło się o 180 stopni, przyjmując przeciwny biegun. Wołowina okazała się makabrycznie tłusta i przerośnięta. Mimo, że przyzwyczajony jestem do innego rodzaju mięsa, zjadłem wszystko. Każdy kęs rósł w ustach a ja popijałem wodą i zagryzałem następnym. Wniosek, że z odpowiednią ilością wody i dostępnego czasu możemy zjeść wszystko. Dobranoc!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz