Po
przebudzeniu od razu spojrzałem za okno. Szarość i nic więcej. Chyba słońce i
wysoka temperatura nie miały ochoty wyruszyć dziś do pracy. Postanowiłem jednak
nie poddawać się. Włączyłem telewizor i
zacząłem szykować się do wyjścia.
Tak moi
drodzy, dysponowałem takim dobrem jak telewizor. Mało to, był podłączony do
telewizji kablowej!
Zszedłem na
śniadanie. Tak moi drodzy, dysponowałem również takim dobrem jak śniadanie.
Jajecznica, herbata i kawa w cenie pokoju. A negocjowałem ją tak dobrze, że
pokój, kablówka, wi-fi i jajecznica kosztowały mnie jedynie 12 euro. W samym
centrum Rużomberku.
Po śniadaniu
wyszedłem zapalić, ale przypomniałem sobie, że przecież nie palę. Po chwili okazało się, że wyjście na zewnątrz
było jak najbardziej opłacalne. Dostrzegłem bowiem, że mimo niewielkiego opóźnienia
słońce będzie jednak pracować. Wysoka temperatura także pojawiła się na
posterunku.
Zarzuciłem plecak
i ruszyłem przed siebie. Po dość długim marszu miejskimi ulicami dotarłem do wylotówki.
Sytuacja nie wyglądała różowo. Zatłoczona droga międzymiastowa nie zwiastowała
miłej przechadzki. Zacisnąłem zęby i ruszyłem na drugą stronę. Bo iść pod prąd podobno
bezpieczniej.
Po kilku
kilometrach doszedłem do Białego Potoku.
Jako że już
przyzwyczaiłem się do pędu mijających mnie ciężarówek mieszkańcy wioski
postanowili sprawić mi kilka, a w zasadzie kilkadziesiąt, niespodzianek. Prawie
wszyscy wystawili na podjazdy kubły na śmieci. Teraz moje zadanie polegało na
ich szybkim omijaniu zsynchronizowanym z łukami pomiędzy poruszającymi się
samochodami. Hops z krawężnika, łuczek, hops pod krawężnik. A krawężniki Słowacy
maja wysokie pod samo niebo!
Później przyszła
nagroda. Hodowla pstrągów, a w zasadzie idąca obok niej ścieżka rowerowa. Od
Rużomberka do Bańskiej Bystrzycy poprowadzona jest rowerowa magistrala, a ja
właśnie wkroczyłem na jej fragment.
Bezpiecznie,
w otoczeniu pięknych krajobrazów doszedłem do Liptovskiej Osady.
A potem to
już z górki, a w zasadzie pod! Około 4,5 kilometra marszu i znalazłem się w
Liptovskich Revucach.
Położona w
dolinie wieś, przecięta wartkim strumieniem odebrała mi dużo zdrowia. Miałem
wielkie trudności ze znalezieniem noclegu. Chaotycznie poustawiane domy i
jeszcze chaotyczniej poprowadzone ścieżki między nimi stanowiły duże utrudnienie.
Po pewnym
czasie jednak się udało. I to tak jak lubię. Do 10 eurasów! Właścicielka
pensjonatu po zadaniu standardowych pytań dotyczących wielkości plecaka i celu
mojej podróży zaproponowała obiadokolację.
Bardzo się ucieszyłem, tym
bardziej, że wyżerka była darmowa. Najpierw waza pysznej zupy z soczewicy. A
później... później gospodyni przyszła z talerzem mięsa w sosie i ziemniakami.
Dodam, że sos był wyjątkowo smaczny. Urocza kobieta z dumą oświadczyła, że
nałożyła tyle ile zdołała zmieścić na talerz. Początkowe uczucie zadowolenia
szybko odwróciło się o 180 stopni, przyjmując przeciwny biegun. Wołowina okazała
się makabrycznie tłusta i przerośnięta. Mimo, że przyzwyczajony jestem do innego
rodzaju mięsa, zjadłem wszystko. Każdy kęs rósł w ustach a ja popijałem wodą i
zagryzałem następnym. Wniosek, że z odpowiednią ilością wody i dostępnego czasu
możemy zjeść wszystko. Dobranoc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz