poniedziałek, 13 maja 2013


Wiatr, deszcz i Adam Słodowy



7:30... Jazgot budzika nie ustawał. Najwyższy czas wstawać. Po podniesieniu się z łóżka usłyszałem nieprzyjemny, natarczywy dźwięk kropli rozbijających się o parapet. Podszedłem do okna i upewniłem się, że wczorajsza prognoza pogody była jak najbardziej prawdziwa. Spowijające niebo ciemne chmury dawały jasny sygnał- zostajesz w domu!
Z jednej strony dobrze, stopom z pewnością przyda się dzień odpoczynku, z drugiej jednak postój już po drugim dniu wędrówki... wstyd...
Poszlochałem chwilę samotnie i zacząłem wymyślać sobie zadania.
Na początek zakupy i wykwintne śniadanie. Dobrodziejstwo kuchni, w którą wyposażony był mój apartament nie mogło się zmarnować. Garnki, garnuszki, garnuszeczki! Tarki, tarunie, tareczki! Wszystko, wszyściulko, wszyściuleczko!

Pobiegłem do sklepu i rozpocząłem szalony bieg między półkami. Część moich znajomych wie co to znaczy! Po dłuższej chwili zakupy były ukończone! Jajecznica na wędzonej słonince, smażone paprykowane debreczynki, kilka rodzajów papryki, owczy ser (typu oscypek) i dobra czarna kawa!

Żartuję! Wszystko pozostało w sferze marzeń. W wiosce są dwa równorzędne sklepy. Jeden zamknięty, a drugi, mimo że otwarty, miał niemal zupełnie puste pulki po weekendzie. Musiałem zadowolić się dwoma rochlikami, pyszną zieloną papryką i kabanosami krakus, które przywiozłem z Warszawy. Przyznam, że nawet przez moment nie pomyślałem o "autokarowym buddzie".

Po śniadaniu chwyciłem za scyzoryk, a konkretnie za nożyczki wchodzące w skład jego wyposażenia. Obudził się we mnie Adam Słodowy! Niczym telewizyjny geniusz wyciąłem kieszenie z podartej przeciwdeszczowej peleryny. Od tego momentu mam dwa nieprzemakalne pokrowce, na przykład na telefon!

Dalsza część dnia minęła leniwie. Wylądowałem w lokalnym barze, gdzie w ramach podziękowania za możliwość korzystania z wi-fi wypiłem kilka bażantów.
Powrót do domu okazał się bardzo nieprzyjemny. Temperatura spadła poniżej 10 stopni. W domu również zrobiło się chłodno. Wybiegłem na podwórze, złapałem siekierę, narąbałem "trochę" drewna i napaliłem w kominku. Z uśmiechem idioty obserwowałem wzrost temperatury na domowym termometrze.
Przy 33 stopniach zdałem sobie sprawę, że taka temperatura osusza rzeki, więc z moją wypraną bielizną z pewnością też da sobie radę i należy odejść bezpowrotnie od kominka. Przed nieznośnym upałem schroniłem się w sypialni... do jutra!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz