Wiatr, deszcz i Adam Słodowy
7:30... Jazgot
budzika nie ustawał. Najwyższy czas wstawać. Po podniesieniu się z łóżka usłyszałem
nieprzyjemny, natarczywy dźwięk kropli rozbijających się o parapet. Podszedłem
do okna i upewniłem się, że wczorajsza prognoza pogody była jak najbardziej
prawdziwa. Spowijające niebo ciemne chmury dawały jasny sygnał- zostajesz w
domu!
Z jednej
strony dobrze, stopom z pewnością przyda się dzień odpoczynku, z drugiej jednak
postój już po drugim dniu wędrówki... wstyd...
Poszlochałem
chwilę samotnie i zacząłem wymyślać sobie zadania.
Na początek
zakupy i wykwintne śniadanie. Dobrodziejstwo kuchni, w którą wyposażony był mój
apartament nie mogło się zmarnować. Garnki, garnuszki, garnuszeczki! Tarki, tarunie,
tareczki! Wszystko, wszyściulko, wszyściuleczko!
Pobiegłem
do sklepu i rozpocząłem szalony bieg między półkami. Część moich znajomych wie
co to znaczy! Po dłuższej chwili zakupy były ukończone! Jajecznica na wędzonej
słonince, smażone paprykowane debreczynki, kilka rodzajów papryki, owczy ser (typu
oscypek) i dobra czarna kawa!
Żartuję!
Wszystko pozostało w sferze marzeń. W wiosce są dwa równorzędne sklepy. Jeden
zamknięty, a drugi, mimo że otwarty, miał niemal zupełnie puste pulki po weekendzie.
Musiałem zadowolić się dwoma rochlikami, pyszną zieloną papryką i kabanosami
krakus, które przywiozłem z Warszawy. Przyznam, że nawet przez moment nie pomyślałem
o "autokarowym buddzie".
Po
śniadaniu chwyciłem za scyzoryk, a konkretnie za nożyczki wchodzące w skład
jego wyposażenia. Obudził się we mnie Adam Słodowy! Niczym telewizyjny geniusz wyciąłem
kieszenie z podartej przeciwdeszczowej peleryny. Od tego momentu mam dwa
nieprzemakalne pokrowce, na przykład na telefon!
Dalsza
część dnia minęła leniwie. Wylądowałem w lokalnym barze, gdzie w ramach podziękowania
za możliwość korzystania z wi-fi wypiłem kilka bażantów.
Powrót do
domu okazał się bardzo nieprzyjemny. Temperatura spadła poniżej 10 stopni. W
domu również zrobiło się chłodno. Wybiegłem na podwórze, złapałem siekierę,
narąbałem "trochę" drewna i napaliłem w kominku. Z uśmiechem idioty
obserwowałem wzrost temperatury na domowym termometrze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz